Fragmenty. Trzynasty, czternasty, piętnasty, szesnasty

W piątek trzynastego starsza kobieta na skwerze Hoovera zaszczekała mi do ucha.

Akurat wsiadłem do sto osiemdziesiąt i jakiś Janko Muzykant ze mną, ściskał skrzypeczki, większe niż on z tornistrem.

Była jeszcze ładna pogoda.

Warsztat znajdował się na starym wysypisku gdzieś między klubem dla gejów a piekarnią. Tutaj nie będziemy rozmawiać o feminizmie. Wszystko ma swoje miejsce: alufelgi, tłumiki i rodzaj człowieczy. Pachnie smarem i testosteronem. Mówią do mnie w języku, w którym nie znam słów.

Po horyzont hale w sobotę. Hale i turecka muzyka. Przechadzamy się między sukniami na śluby, komunie i na żałobę. Bielizna chrzcielna obok sklepu z niemiecką chemią. Paryska, Pekińska i Stambulska krzyżują się na placu Fornetti.

Taka noc to raz na sto lat, że akurat spędzasz ją z Wordem. On jak góra lodowa. Ewry najt in maj drims aj si ju aj fil ju.

W niedzielę znowu gorzej. Opanuj się, opamiętaj. W poniedziałek nie wstaję. Autobus na osiemdziesiąt osiem stron kryminału wlecze się smutną Powązkowską.

Odszczekać się marnej pogodzie chciałbym.

Dodaj komentarz