Myślałem, że jestem wyjątkowy, bo wygrałem wejściówkę do kina. Tłok w drzwiach „Wisły” świadczył, że wyjątkowość to rzecz względna. Swoją drogą rozdawanie wejściówek na ten typ filmu ludziom do kina nieprzyzwyczajonym może kończyć się różnie:
Przy wyjściu królowały głosy: ja pi….lę oraz mówiłam, żeby się napić albo też ku..a, co to za film?
Mnie się podobało. Poszedłem w nastroju średnim a „Samotność liczb pierwszych” odczuwałem jako ekranizację sennego koszmaru. Nie koszmaru – horroru, ani koszmaru zalęknionego, ale koszmaru, który jest jak nieskończona niemożność. Brak nieustający, drzazga, która nie daje się wyjąć.
Piękny wizualnie. Można podziwiać gry kolorów (np. zestawienie wnętrz mieszkań: czerwony, zielony), optyczne omamy (jak w scenach z domówki), zdjęcia podkreślające brak i niemożność (ten biały hotel, biała wieża w górach, wbija się w umysł i czyha.)
Jakieś niejasne skojarzenia z „Personą”, jakieś przebłyski „Melancholii”, ale bardziej intymnie. Co to znaczy, że są podzielni tylko przez siebie i przez jeden, że nigdy nie mogą się spotkać, że wokół nich tylko nieskończoność? (A może – im bardziej mnożę sobie te pytania – to jednak przerost formy i pretensjonalna wydmuszka?)
(3,0/3,5)
