Z pewną taką nieśmiałością zasiadam do wpisu, nie wiedząc, czy zdołam napisać coś krótszego niż sto stron, niewielokrotnie złożonego, czy jeszcze umiem, czy już tylko wielki bełkot (albo wielki błękit).
„Artysta” dostał oscary, cezary i bafty, czyli powód jest, żeby obejrzeć, chociaż to akurat nie ta pierwsza nagroda mnie przekonała. Bardziej przekonująca była Holland, która coś zająknęła o idiotycznej wydmuszce. Lubię obserwować te małe środowiskowe zawiści, więc tym bardziej poczułem się zachęcony.
Można oczywiście zatrzymać się nad formą, że oto film niemy wchodzi na ekrany, osiemdziesiąt lat po swojej śmierci. Zgodne jest to z modą na retro, vintage, itd., która każe zalepiać blogi czarno-białymi fotografiami. I ile trudu w tym: inna jest rola gry aktorskiej, mimiki, inna rola muzyki (nawet niechętni zgodzą się, że niezła). Obejrzawszy „Rumbę” i „Człowieka z Hawru” zupełnie się nie dziwię, że powstał we Francji.
„Artysta” jest – wbrew pozorom – filmem aktualnym. Rzecz dotyczy przecież zmiany kulturowej: film niemy ustępuje miejsca filmowi dźwiękowemu. Są tacy, którzy się do niej nie potrafią dostosować i tacy, którzy w nowej rzeczywistości odnajdują się doskonale. Toż to kazus końca cywilizacji książki (autor bloga w niej się mieści) i początek niezrozumiałej dla wielu (dla autora bloga także) cywilizacji cyfrowej.
Jedno, co muszę dodać, to wartość energetyczna filmu. O ile „Obca” wysysała, o tyle „Artysta” działał jak dynamo, z każdą sceną doładowując akumulatory. Może to estetyka (fabuła raczej błaha) działała jak balsam.
Jak przyjemnie powrócić do kina!
(2,5/4,0)
