W dwóch kinach – wzdłuż jednej, jedynej linii metra – dwa filmy na ten sam temat. Oba wyśmienite na początek roku.
„Kobiety z 6. piętra” wydawały się błahe, ale błahe nie były. Sceneria retro. Żal jakiś, że to wszystko, jak na zdjęciach, zniknęło. Nie odróżnisz dzisiaj Hiszpanów i Francuzów, razem zgodnie biorą udział w konsumpcyjnym wyścigu, zatracając więzi międzyludzkie, a na pięknych, słonecznych costach, inwazja betonowych hoteli TUI i Neckermanna. Minęła epoka Marii Gonzales, i Carmen, i Concepcion. W latach sześćdziesiątych to rzeczywiście było spotkanie dwóch różnych światów: paryska burżuazja, niesamowicie zmęczona swoim lenistwem (podobne obrazki jak ze „Służących”) stykająca się z żywiołowością biednych imigrantek z Galicji i Andaluzji, które potrafiły cieszyć się życiem, a jednocześnie były pracowite i solidarne. Taka tęsknota w tym filmie, który momentami pozwalał turlać się ze śmiechu, za życiem w prawdzie, za zwykłym życiem (4,5/4,5)
(Autorowi bloga udało się swoją pisaniną zniechęcić do świetnego filmu – jak sądzę.)
„Almanya” być może trąci nieco propagandą, ale, ale. Mi też czasem zdarza się popadać w uogólnienia. Minarety, meczety, itd. itp. „Almanya” zmienia perspektywę. Nie mówi o statystykach, nie koncentruje się na teoriach multi-kulti, pokazuje jedną rodzinę, taką jak polska, tylko, że turecką. I ten cały dramat emigracji, opuszczania domu, obcości w pięknie sfilmowanym, słodko-gorzkim wydaniu. Taki film, że czasem trudno nie płakać. (4,0/5,0)
