Znam to: pogłaszcz mnie. Jarosław na starość wymaga ciągłego głaskania. Hania ma głaskać, Szymek ma głaskać, Jadwinia też mogłaby głaskać i Marysia z Tereską. Głaskać powinni koledzy literaci w kraju i na emigracji, głaskać powinni krytycy, wreszcie towarzysze. Ci ostatni chyba jeszcze głaszczą.
Koszmarnie poetycki (z naciskiem na „koszmarnie”) wstęp do trzeciego tomu „Dzienników” ma za zadanie odwrócić uwagę od jarosławowego oportunizmu, który przelewa się ze strony na stronę. Im bardziej wiemy o jakich wydarzeniach historycznych mowa i jak się je ocenia, tym bardziej nas to irytuje. Najważniejsze, że uczestnicy tych wydarzeń nie głaszczą, ten Słonimski, ta Maryjka Dąbrowska… (Bardzo jest Jarosław niesprawiedliwy w wystawianiu ocen kolegom, nie głaszcze).
Jest też i Jarosław inny. Ten poeta w zachwycie nad Rzymem i Palermo. Inny, ludzki.
Jest wreszcie Jarosław taki: Noc ciemna, sierpniowa, pełno już zwiędłych liści i cała pachnąca Tadziem. Cudowne uczucie tej bliskości, chociaż jest daleko. To pomaga znosić wszystko. Tylko to ciało – the body (s. 228).
