Gdybyśmy tak zaraz po starcie na miazgę albo też rozpryskali się nad borem na tysiąc jeden kawałków (skulony w fotelu zawsze o tym myślę), w moich uszach brzmiałby Brzechwa. Piękne zakończenie, choć może bez patosu. Zabawne w sumie.
(Dziecię z tyłu żądało i pożądało Brzechwy, gdy my w chmury.)
