Delegacje służbowe pozwalają mi realizować moją pasję, moją małą słabość, słabość do hoteli (może dlatego tak rzadko wyjeżdżam?). Mógłbym być Rubinsteinem, na walizce zbierać tylko naklejki z grandów, intercontinentali i bristoli.
Najpierw przeglądam bibeloty. Szampon i czepek kąpielowy lądują w kieszeni. (Kapcie niestety dawali tylko w Derlonie trzy lata temu). Potem czytam wszystkie broszurki i ulotki. Kiedy śniadanie, ile prasowanie, jak uciekać w razie pożaru. Znam nawet cenę chipsów z minibaru. Bardzo jestem nieekologiczny, więc napuszczam wody do wanny i rozmyślam. A. zawsze mnie ostrzega przed grzybicą, rzeżączką i Bóg wie czym. (Żadna cudza łazienka tak bardzo nie kusi). Wreszcie łóżko: turlam się w warstwach, powłokach, układając się ze wschodu na zachód albo z zachodu na wschód. Aż zasnę oglądam telewizję, której nigdy nie oglądam. Film hiszpański, wiadomości włoskie, kreskówkę dla dzieci, kryminał na tevauenie.
(Zasypiam. Śnią mi się inne hotele. Do których jeszcze zdążę?)
