Nie da się tego czytać w tramwaju. Przy ostrym hamowaniu taki kilogram narracji mógłby kogoś, nie daj Boże, uszkodzić. Do pociągu się nadaje, ale wyłącznie, gdy jest to podróż z niewielkim bagażem. Wieczorem: utrudnia zasypianie. Czytam więc, a w międzyczasie zaglądam do Kereta et consortes (opisywanych poprzednio).
Ale jest to, w gruncie rzeczy, pasjonująca lektura. Widziane z tej perspektywy ludobójstwo przypomina żmudną, urzędniczą pracę. Taką jak moja? Te tabele, wskaźniki, opracowania, uzasadnienia czynów ohydnych napisane takim samym językiem jak moje notatki dla pani dyrektor (no zgoda, ja nie piszę po niemiecku).
Littell nie pozostawia wątpliwości. Zło nie jest zarezerwowane dla kogoś wyjątkowego, jest dla każdego (Keret dopowiada, że granica pomiędzy katem a ofiarą jest wyjątkowo cienka), zwłaszcza gdy człowiek żywi się mrzonkami, takimi jak „Naród”, czy „Ojczyzna” (tak, tak, ten romantyzm, ten Herder, zgubił Niemców).
