Byłem agentem.
Doniosłem w którejś z klas podstawówki na koleżankę – organizatorkę wagarów.
(Pani wychowawczyni kazała nam napisać, a że zależało mi na ocenie, a za koleżanką nie przepadałem…
Mógłbym też tłumaczyć to dylematem więźnia: każdy miał za zadanie napisać, co wiedział.
Fakt… tylko ja napisałem)
Czułem się potem obrzydliwie. Odpokutowywałem długo. Do dziś mój obraz samego siebie z tamtego czasu wywołuje u mnie mdłości.
(Ale nie miało tu być miejsca na wynurzenia autobiograficzne. Chciałem puentę przedstawić raczej budującą)
Bardzo przyjemnie jest rzucać w grzeszników kamieniami.
Mówić, że on przeklęty, a ja – święty
i że „na jego miejscu bym tego plugastwa nie zrobił”.
Tak jakby nie było żadnego dramatu i żadnej ludzkiej historii:
marzeń o karierze, niesympatycznych ludzi dokoła, chorych ambicji, wiary w system, samotności.
Tymczasem:
Jak sobie poszukamy w odmętach pamięci
zawsze odnajdzie się jakaś scena,
w której gramy Judasza (choćby był to Judasz w mikroskali).
