Grają w piłkę nieprzerwanie
dziesięć metrów od monstrancji.
Staruszka zatyka uszy na dźwięk dzwonów.
(To zawsze było jedno z moich ulubionych świąt.
Pachnące kwiatki, kadzidło i chorągwie, burza.
Bardzo to katolickie było, i pogańskie zarazem.
Wianuszki.
Kończyły mój cykl obrzędowy trwający od Popielca.
Wraz z „Te Deum” w deszczu po procesji
nastawał mój prywatny czas świecki.)
(Czemu wciąż używam formy czasu przeszłego?
W Tamtu niby jest podobnie.
Ale chyba ja się nie poznaję.)
Stoję w nawie jasnego kościoła
pełnego starych ludzi.
Kadzidło ogłusza mój węch.
