Przeżyłem coś niezwykłego. Nie zamierzam z tego powodu nurzać się w ckliwości, ale naprawdę to była niezwykła niedziela. Atmosfera papieskiego Krakowa miała w sobie coś z Rzymu sprzed roku i coś z Annopola, gdy maszerują pielgrzymi z Tutam. Plecaki i karimaty pod drzwiami eleganckich kawiarni. Maszerujący w równych szeregach żandarmi, i trochę mniej uporządkowane siostry zakonne. Biskupi i kardynałowie przechadzający się po placu Wszystkich Świętych. Taki wielki, niesamowicie radosny jarmark. W Tamtu Papież zakłócał porządek, był trochę obok: wychodziłeś z empiku, a tu papamobil. W Krakowie było zupełnie inaczej, nie było żadnego obok. Był Papież i tylko tyle.
Może piszę znów niezbyt przychylne słowa o Tamtu, bo w nim chyba obaj czuliśmy się obco. A w Krakowie na rozentuzjazmowanych Błoniach, był tak blisko. Wreszcie się udało: na mnie też padł cień Piotra. Trzykrotnie.
