Z melanżu twarzy usiłuję wychwycić znajomych. Na tutamskiej wiosennej ulicy pojawiają się nagle twarze z Tamtu, zupełnie jak na zatłoczonych i zabieganych ulicach Tamtu spoglądam w twarze znajome rzekomo z mojego miasta.
(Mojego miasta pachnącego świeżością wiosny.
Mojego miasta poetyckiego w swej prozie.
Mojego miasta pękającego w pączkach).
Nie chcę odjeżdżać. Szukam wymówek. L-4 to tylko powód formalny. W myślach wciąż walczę z potworem, który chce mnie pożreć. Tylko w Tutam jest moje refugium. A jednak powoli, na razie mentalnie, na dworzec już zmierzam. Miasto moje zostawiam. Ramiona snu zamykają mi drogę powrotną.
