Śniło mi się…
ale to nie mógł być klasztor z mojego snu.
W klasztorze, który zazwyczaj śni mi się
rządzi prawa i wspaniałomyślna Ksieni,
której moralności nikt nie śmiałby kwestionować
(ona wprost karmi się sprawiedliwością i dobrocią swoją).
W klasztorze, który zazwyczaj śni mi się,
nowicjusze, gdy coś ich boli zbierają się w refektarzu
i jednym głosem mówią, aż się ich wysłucha
(jak wówczas gdy pojawiła się sprawa Februariusa).
Wszyscy wierzą w swe powodzenie.
A tymczasem śniło mi się,
że zbiera się sąd kapturowy,
że kogoś pozbawia się prawa bez wysłuchania
i możliwości obrony,
że w świętym oburzeniu kiwamy głowami
i rozchodzimy się bez nadziei do przepisywania swych inkunabułów.
To nie mógł być mój klasztor…
Prawda? To nie mógł być on?
(To jakieś przebitki z filmu „Napola” powróciły w mych snach.
Być może)
Bo jeśli to byłby on…
(nie wolno nikomu nic złego życzyć. Znów zostaje wielkie milczenie.
Cisza z dedykacją dla Ksieni)
