Niecudne, wcale niecudne, tamtuskie manowce II

Tyle jest książek do przeczytania.
Tyle jest miejsc do odwiedzenia.
Tyle jest chwil do spędzenia z Tobą.

(Boże, jaki kicz spływa z mych słów, kicz i banał)

Tymczasem uczę się na zomowca i pijaka
(jak to określił rządowy bajkopisarz wysokiego szczebla).
W mieście, którego nie znoszę.
Mróz zmroził moje ambicje na Żurawiej
(choć odwilż wisi w powietrzu).
A telefon nie jest wcale tabletką na uspokojenie.

(może to deficyt glukozy negatywnie wpływa na moje neurony?)

Marzy mi się, żeby w Tamtu można było kupić prawdziwego tutamskiego cebularza
ze słodkawego ciasta, z mięsistą cebulką i makiem
(nie wiem czemu akurat to mi do głowy przyszło).

Zazdroszczę tym, którzy zajmują się pradziejami południowego Peru, obyczajowością polską czasu transformacji, suwerennością we współczesnych stosunkach międzynarodowych.
Zazdroszczę im.
Stojąc na przystanku pod księgarnią.

Skąd ja się tam wziąłem? I dokąd jadę?

Dodaj komentarz