Hymn o nie-końcu historii

Właściwie to nie chciało mi się wczoraj pisać (a dzisiaj też mam ambiwalentne uczucia).
Dziwne, ale tak sobie pomyślałem, że ja ciągle na tym blogu wspomnienia swe publikuję. Niby, że wszystko się kończy: było pięknie – jest niezbyt, a ja wciąż umęczony, martyrologią swą katuję Czytelników.
A przecież nie kończy się. Jeszcze nie.

Oczywiście, wiem: o ile historia wydaje się w moim umyśle nieograniczona, to przyszłość ma znaczące ograniczenie (memento mori!) i nie można bez końca udawać, że wszystko przed nami. Że jeszcze zdążymy w dżungli ludzkości siebie odnaleźć… Bo część już za nami.
Ale się nie kończy. Jeszcze nie.

Na przykład za nami już wspólne picie wina z gwinta na parkingu Międzynarodowego Portu Lotniczego Okęcie (jakby czytał to ktoś współpijący, to pozdrawiam z całego serca) albo też nocleg na schodkach bocznego ołtarza w pewnej bazylice, gdzie św. Antoni z gipsu o me stopy zawadzał. Ale przecież, za sześć miesięcy – w tejże bazylice, w mym życiu nastąpi zmiana o charakterze ilościowym i jakościowym.
Stąd raczej wszystko się dopiero zaczyna a nie kończy. Jeszcze nie.

Zresztą, a propos historii, to już kiedyś wykładałem w tym miejscu swe teorie. Że historia nie istnieje, że zaczyna się tam, gdzie sięga moja świadomość, i że tylko bardzo małe wycinki tej mojej historii dzielę z innymi. Ale właśnie z innymi rodzą się najwspanialsze opowieści (bo jak samemu z radością pić wino na Okęciu).
A ja potem w tych opowieściach (tworach jedynie mentalnych) szukam ucieczki od nużącej rzeczywistości (stąd tyle tych wspomnień na blogu), którą chcą mi poukładać i usystematyzować senni mnisi.
Może dla nich historia się już skończyła.
Dla mnie się nie kończy. Jeszcze nie.

A dziś rano wstałem. Drogę w słońcu wzdłuż zachodniego płotu Filtrów w dziesięć minut przemierzyłem, ale zwątpieniu się nie poddałem.
Historia z całą pewnością się nie kończy. Jeszcze nie.

 

Dodaj komentarz