Od pewnego czasu, ilekroć opuszczam bezpieczne przystanie Saskiej Kępy lub ulicy Żurawiej, męczyć mnie zaczyna pantofelek, a raczej jego obraz zapamiętany z lekcji biologii w szkole podstawowej.
Męczy mnie i dręczy, toteż go maniakalnie rysuję, usiłując odtwarzać ze szczegółami jego przezroczystą anatomię.
Co gorsza, w moim umyśle wiąże się on nierozdzielnie z wierszem autorstwa Andrzeja Bursy, którego tutaj nie przytoczę z dbałości (chwilowej) o kulturę słowa (odesłać natomiast mogę do „Utworów wierszem i prozą”, wyd. III, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1982, s. 118). Problem w tym, że ja – osoba przyjazna światu i ludziom, a czasem nawet światem zachwycona (w granicach rozsądku oczywiście), wiersza tego nie mam przeciw komu kierować. Ba, nie wiem od kogóż mógłby być ów pantofelek milszy. Skąd więc się on wziął w mej imaginacji?
Może to po prostu zwykła fascynacja jego architekturą wewnętrzną kieruje mnie ku niemu. A w dodatku ta jego transparentność pełna (większa nawet od transparentności administracji publicznej postulowanej przez lorda Nolana), te wodniczki tętniące, rzęski, ach i cytostom, przez który pokarm pobiera. Czy nie wzbudza, drodzy Czytelnicy i Nieczytelnicy, zachwytu w Was to słownictwo nieziemskie?
Bo we mnie wzbudza.
Siedzę więc i rysuję.
Milszy mi jest pantofelek niż to wszystko dokoła na co dzień (poza Tutam, Saską Kępą i Żurawią)
(a Bursa Andrzej pięknie to wyraził. Piękniej się nie da)
