Niecudne, wcale niecudne, tamtuskie manowce

Z tym dawaniem odpowiednich słów rzeczom mam coraz większy problem. Może dlatego, że rzeczy jest coraz więcej, a słów mi brakuje. Co więcej, ja, kulturalny, młody (zdaje się, że poniżej mediany wieku w Polsce) człowiek słów niecenzuralnych używam, co by opisać mój stosunek do komputera, do rzeczywistości (a uwiera mnie, jak wiadomo, czasem), wreszcie do moich koszmarów sennych.

(a dziś pisząc właśnie o expose ministra Mellera, przypomniał mi się mój ostatni koszmar monastyczny i wtedy zrozumiałem – odpowiednie dając rzeczy słowo – że choroba zawodowa nowicjuszy, co mnichami się stali, to narcyzm jest. Wówczas zobaczyłem przed sobą – znów halucynacja – Kwiatuszka rumianego, właśnie takiego, po czym drzemka się urwała, gdy kaligrafować zacząłem).

(nieważne. Wiem, nie powinno być tyle o snach, bo w końcu rzeczywistość się liczy, a rzeczywistość jest gdzieś indziej. Wciąż tą nadzieją się łudzę).

I tak sobie pomyślałem, idąc wieczorem z ronda Waszyngtona, we mgle o konsystencji kaszki manny, moim subiektywnym zdaniem (w tym miejscu podziękowania za poradę językową składam mieszkance rogu Banacha i Grójeckiej), i zapachu mrozu, pomyślałem, że blog to chyba najlepsza metoda mego komunikowania się dziś. Dawania rzeczom odpowiednich słów.
Bo mnie w niej nie ma (tekst jest, znów się powtarzam). Bo mnie coraz bardziej w tym wszystkim nie ma: sen staje się jawą, a rzeczywistość snem.

I ciężko przez ten sen mi face-to-face rozmawiać. Bo taki nieprawdziwy w nim jestem, taki wyobrażony (bo chyba nie wymarzony) sennie. A tekst napisać, proszę bardzo.
Oto jest.
Bo ja w śnie, to nie jestem ja (tak mi się po trzech szklaneczkach wina zdaje).

I stąd też do Edwarda zakurzonych nieco tomików często teraz wracam. Otwieram, czytam. I to jest ta tęsknota, którą dziś czuję.

Bo gdzieś hen są cudne manowce, a ja jestem tu, Tamtu.

Może się pomyliłem z tym wszystkim?

Dodaj komentarz