Rekreacje mesjańskie

Sen mnie ogarnął po południu. Co nie jest niczym dziwnym zważywszy na gorączkę ostatnich nocy. I ten sen na nowo przeniósł mnie do klasztoru.
Dokładniej na obowiązkową rekreację, na którą uczęszczali nowicjusze w poniedziałkowe wieczory. Tym razem jednak oprócz gromady nowicjuszy zjawili się ci, którzy już opuścili mury klasztoru i udali się na misję do, Bogu ducha winnych, pogan. (Czyli uzyskali święcenia oraz prawo udzielania najważniejszych sakramentów: sakramentu sygnatury i sakramentu synekury).
Graliśmy w koszykówkę.

A ja zapadłem w sen, czyli podsen właściwie snu właściwego:

Zamiast mnichów ujrzałem Dobro, Prawdę i Piękno wcielone biegające za piłką. I to, że tak powiem, trzy w jednym. Mniej więcej jakby drużyna mesjaszów zstąpiła na boisko.

(wtedy z lękiem pomyślałem: Panie Boże, nie daj bym kiedyś stał się takim jak oni. Nie daj, żebym opuszczajac mury klasztorne widział w sobie nie tylko podobieństwo, ale i pierwowzór. Wolę swoją prawdę zachwianą, piękno wątpliwe i dobro grzechem naznaczone. Bylebym nie czuł w sobie, że jestem o niebo lepszy od pogan, którzy – moim zdaniem – wybrali lepszą niż my cząstkę ziemskiego życia)

Tak, przerażony widokiem mnichów nowo wyświęconych i perspektywą swej przyszłości, obudziłem się nagle ze snu i z podsnu w autobusie 111, gdy z Bankowego skręcał w Senatorską.

Dodaj komentarz