Senność na Saskiej Kępie

Senność wieczorna ma oczywiście banalny powód: bezsenność nocną. Siedziałem sobie do czwartej dogorywając leciutko z oczami wlepionymi w ekran. Ale jakoś nawet nie chciałem pisać, bo mnie melancholia twórcza ogarnęła, a właściwie niepokój autora, któremu statystyka dotycząca bestselleru poleciała na łeb, na szyję.

Bo tekst musi mieć odbiorców, żeby go ktoś interpretował. A mnie tak naprawdę w tej całej zabawie nie ma, nie musi być. Jestem zestawem literek, a kto wie może i konkretną osobą w ich głębi?

Zamiast pisania wczoraj zacząłem bawić się kodem html i to mi dopiero objawiło prawdziwą głębię wspomnianych powyżej literek. Niezrozumiały system znaków, który ma być strumieniem, poprzez który ja – ryba odrębna w rzece Heraklita, mówię innym rybom, że gdzieś w tym Tamtu jeszcze jestem.

A było dziś tak: wracałem sobie przez Piękną akurat (nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć wspaniałej cukierni, która jest przy Noakowskiego i w której zakupiłem ciastko francuskie z budyniem) i myślałem o kremówkach. Nie, to też nie jest objaw nienasycenia, ale raczej przedobiadowego głodu (a na marginesie najlepsze kremówki są w Krynicy Górskiej, koło domu zdrojowego i deptaka, w kawiarence w pensjonacie pomalowanym na zielono i zdaje się kosztują 5 zł. Ale przyjemnie było delektować się ich smakiem w jesienny wieczór ubiegłego roku). Tak więc szedłem i poczułem, że coś mnie uwiera. But mnie nie uwierał, całkiem luźny był, zresztą z powodu niechlujnego zasznurowania. Cóż więc to by było? Koszula? Dziś też taka mało elegancka, więc pewnie nie ona. Hmmm. Długo tak szedłem, nawet z doskwierającym uczuciem uwierania na Pl. Konstytucji do tramwaju wsiadłem, aż wreszcie zrozumiałem. Rzeczywistość mnie uwiera. Moja własna rzeczywistość.
A mogłem iść na wrzosowiska i zapomnieć wszystko, a tak przedzieram się przez hałdy brudnego śniegu. Bez końca. Bez snu. Bez kremówek z Krynicy (ale bardzo dobre kremówki kryje też cukiernia przy przystanku naprzeciw kościoła św. Anny z bardzo gadatliwą ekspedientką w środku)…

Dziś znowu noc bezsenna, amerykańsko-łacińska noc. Moja praca o administracji wróciła do mnie zakrwawiona szeregami poprawek, akcentów, przyimków, zaimków. W dodatku jak się okazało Eryk podpisał mi się tak jak mój poeta ukochany, ES, przez co zdaniem moim, bluźnierstwo ciężkie popełnił. Poezję chciał do rzeczywistości mnie uwierającej zrównać.

Hmmm. A może poezja nie istnieje. Tylko ta rzeczywistość trwa (za tym przemawiałoby zniknięcie z wirtualnego świata mojej ulubionej strony z wierszami).

A może autor tych słów też do końca nie istnieje. Istnieje tylko jego szara przygarbiona emanacja w tamtuskiej rzeczywistości?

(jak czytam o Breslau to sobie zresztą uświadamiam, że takie miasto może nawet fizycznie nadal istnieć, a duchowo zupełnie zniknąć. Co tam Breslau, Tamtu też kiedyś musiało mieć duszę).

A jeżeli tyle osób i rzeczy nie istnieje, to co ja się dziwię, że mi się czytelnicy ostatnio gdzieś zapodziali.

I tylko ta szara naga jama trwa.

Dodaj komentarz