Myśli mam jakieś niepozbierane, porozrzucane. Gra radio, co jest niezwykłe, bo jak piszę coś (bloga, Karaiby albo wypełniam druk przekazu) to lubię mieć ciszę. Może jest tak dlatego, że Pan Bóg nie obdarzył mnie odpowiednim słuchem. Na przykład, jak idę sobie rankiem (zbyt wczesnym) po Saskiej Kępie na tramwaj, coś w drzewach śpiewa. Oczywiście odróżniłbym krakanie albo ćwierkanie, ale to coś jest inne, ładniejsze, a w związku z tym nie potrafię nawet tego powtórzyć. (Ale to nie o tym piszę).
Radio gra, a wokoło mnie porządek jak nigdy. Łóżko pościelone i zakryte kocem, książki ułożone, walizka przepakowana, słowem w mym życiu dziś nagle, choć z przeszło godzinnym opóźnieniem pojawił się Ład. (nie muszę dodawać, że w tym wypadku Ład jest femininum). I z tego Ładu, też zachwyt mój wynika i, równocześnie, brak weny do pisania dzisiaj zdań pięknych i wymyślnych na blogu mym.
Obudziłem się po śnie krótkim. Cóż noc strawiłem nad administracją i dwie godziny snu uczyniły mój umysł wyjątkowo ociężałym. Za oknem padało. Właściwie „padało” nie jest właściwym słowem. Sypało. Od razu mi się melodia pojawiła w obolałej głowie. Bardziej nawet słowa niż melodia (patrz powyżej uwagi o mym słuchu), słowa stworzone przez mego ulubionego Edwarda a mówiące o zawiei (są one zresztą na płycie, którą posiadam, a którą kiedyś w geście dla Edwarda uwielbienia kupiłem za 39,99):
Zawieja w Michigan,
Zapada serce w śnieg,
Pustkowie ciągnie się,
Wysepki żadnej drzew
Ni domu, z domu gest:
Wejdź!
Pustkowie hen i hen,
Zawieja, mróz i biel;
Zawyłem aż po kres,
Czy się spodziewać, że…
A wicher w trąbki dmie:
Nie!
Miłości nasze tam,
Są tam, gdzie nie ma nas,
U Boga w środku gwiazd
Pokochał też bym brak
I cały słałbym blask:
W dal!
La – raj, la – raj, la – ra,
la – raj, la – raj, la – ra;
Zamieniam w zjawę się:
Niech!(E.S.)
Cóż było robić. W zachwyt wpadłem nad śniegiem, nad Ładem, który miał się w życiu mym zjawić dzisiejszego popołudnia, no po prostu siódmy dzień lutego mnie zachwycił kompletnie.
Z tą radością do tramwaju wbiegłem. Popatrzyłem na twarze współpasażerów i oniemiałem. Zachwytu żadnego wśród nich nie było. Jeno cierpienie niewysłowione na twarzach i żal, że śnieg pada, że trzeba jechać, że zima w Tamtu trwa. Więc jechaliśmy: ja zachwycony i czterdziestu cierpiętników.
I zachwyt mój nadal trwa, co ciekawsze. Choć śnieg w tamtuską breję się zmienia (nigdy tego nie mogę pojąć, w Tutam zawsze dłużej biel leży, a tu po dwóch dniach na każdej ulicy tylko błoto pozostaje).
(A Ład zaprowadzony raz a porządnie zapanował nad mym nieuporządkowanym życiem)
