Właśnie się jakiś miły pan z towarzystwa polsko-arabskiego w radiu wypowiedział, że to było fe i nieładnie, że jakby ktoś poznał kulturę muzułmańską, to by wiedział czym jest karykatura Proroka i dlaczego jest naruszeniem przyzwoitości. Dodał, że każdy bronić może swojej wiary (zresztą, po co Duńczykom, ambasada w Damaszku – tak sobie pomyślałem), że to Europejczycy winni, bo nie rozumieją, nie szanują, nie lubią, no w ogóle okropni są.
Napełniony tymi zapewnieniami otworzyłem sobie wiadomości na onecie (nie miało tu już być wiadomości, ale tym razem nie chodzi o braci, co księżyc kradli, ani o ojca, co radiofonię zrodził). I przeczytałem:
„Domagali się ukarania śmiercią każdego, kto znieważa Mahometa” i sobie pomyślałem, ot, silna wiara, wspaniała tradycja, ot, rację miał miły pan z towarzystwa. Wyraziłem w sercu nadzieję, że gdy już nie będzie Danii, to jednak ocaleją rękopisy Kierkegaarda i Hansa Christiana Andersena. A z klocków lego będzie można budować malutkie meczeciki.
Jestem okropny. Jestem ironiczny. Nie powinienem tego pisać, ale dziwnie się czuję, gdy widzę ten rozjuszony tłum palący flagi (w tym Dannebrog, jedną z najstarszych flag Europy, XIII wiek, król Waldemar).
Ot i tyle. (Przeniesienie się z horyzontu tamtuskich ulic w horyzont wojny cywilizacji stanowczo poprawia mniemanie o swoim własnym życiu)
