Byliśmy w kinie

Nie piszę tego, by naśladować inne autorki i autorów, ani też by się chwalić czymś sensacyjnym. Ot, padał pięknie śnieg (ech, po co depresja przy śniegu?) i poszliśmy do osiedlowego kina o żeńskobrzmiącej nazwie. Pierwszym moim odkryciem (bo w tym akurat kinie byłem pierwszy raz) była kasa i staruszek sprzedający bilety po 10 zł. Tenże staruszek wszedł w trakcie projekcji na salę i pilnie obserwował znajdujące się w niej osoby (w liczbie siedmiorga). Szczególnie bacznie przyglądał się nam, jako że stanowiliśmy parę mieszaną w wieku skłonnym do szaleństwa (po głębszym zastanowieniu się, to każdy wiek jest do szaleństwa odpowiedni).

Film się nazywał „Dziecko”. Nie wiem, czemu ilekroć idę do kina to trafiam na filmy, które destrukcyjnie wpływają na moje postrzeganie świata. I później siedzę biedny, wbity w kąt, napisy lecą, a ja nie wiem, czy wstawać z fotela.

To było coś jak grecka tragedia. Jedność czasu i miejsca. Początkowo miałem wrażenie, że znam głównych bohaterów. Dotychczas pili tanie wino pod moim osiedlowym sklepem. On z butelką, ona w ciąży. I nagle przenieśli się do Belgii zagrać siebie samych w „Dziecku”.

A potem sobie pomyślałem, że ten główny bohater to taki typ idealny w dzisiejszych czasach. Bez specjalnych wartości, tylko pieniążki się liczą i zabawa. Szczególnie zabawa. Do upadłego. Taka jakaś niedojrzałość panuje w naszych czasach i chyba dobrze ją widać w historii Sonii, Brunona i Jimmiego. Niedojrzałość do ojcostwa, do macierzyństwa, niestety, coraz częściej do człowieczeństwa też (do przywództwa również nie, patrz główne strony wczorajszych gazet).

I to było smutne. I wyszliśmy z kina… i nadal pięknie padał śnieg

Dodaj komentarz