Dokonałem dzisiaj kolejnego odkrycia z dziedziny nauk społecznych, być może nawet jest to ważkie odkrycie.
Zastanwiałem się nieraz gdzie podziewają się emeryci, kiedy już rano wyprowadzą całą swoją menażerię, co by upstrzyła świeży śnieg. Potem znikają. I pojawiają się dopiero koło popołudniowego spaceru (bardzo istotnego: ponieważ śnieg został uprzednio upstrzony, ich menażeria, szczekając, usiłuje na nowo oznaczyć swe terytoria spacerowe).
Pytanie to dręczyło mnie do dnia dzisiejszego.
Oni są w bankach.
Szczególnie, tak mi się wydaje, upodobali sobie pekao bez żubrzyka.
W oddziale przy palmie: kolejka 24 osób. Większość spokojnie siedzi w fotelach a powiew klimatyzacji muska ich siwe włosy.
No to znalazłem drugi oddział przy palmie: dużo mniejsza kolejka, ale i tak byli. Średnia wieku przekraczała znacznie (na oko) 60 lat. Panowie i panie. W beretach (to nie obelga), z laskami (drewnianymi oczywiście), ściskając w ręku czerwone karteczki wpłat.
Wiem, wiem, żeby udowodnić swe twierdzenie o staruszkach w banku powinienem wędrować dalej od oddziału do oddziału. Na to jestem chyba za leniwy.
Swoje i tak wiem.
Teraz wracają.
Psy w mieszkankach na Saskiej Kępie merdają ogonami.
(Kolejny problem badawczy: po co dopełnienie „ogonem”, skoro merdać nie da się niczym innym?)
