Wczoraj ogłosili, że noc wczorajsza jest najzimniejsza tej zimy (a ja bardzo lubię rzeczy rekordowe: do dziś pamiętam przyspieszone bicie serca na przylądku Rozewie, na Opołonku niestety nie byłem). Czekałem bezsennie. A dziś nastawiam wiadomości i słyszę, że najzimniejsza będzie noc z poniedziałku na wtorek, czyli dzisiejsza. Ale entuzjazm mój już wystygł. I „wystygł” to w obecnej sytuacji najodpowiedniejsze słowo. Zamarzł nawet.
Tak się zastanawiam, czy nie zacząć pisać o przeszłości. Nie to nie chodzi o kryzys wieku średniego. Tylko o to, że jak tu siedzę przed komputerem to zaczynam tęsknić za ludźmi i miejscami, za światem, który minął, bo każdy świat mija. I wszystko, co nas otacza, ludzie, miejsca, przedmioty, należą do nas tylko tymczasowo. Zamykam oczy i widzę: wieczorną drogę z Sianowa do Garcza, cień wieży chmieleńskiego kościoła we mgle, autobus pekaesu wiozący nas ulicą Kartuską do Innego, magicznego świata. I widzę też: pokój w Lądku Zdroju i autobus o piątej rano pod Śnieżnik, uprzejmość wiedeńskich tramwajarzy, mszę wieczorną w Sacre Coeur, gotującą się glaję w schronisku w Ustrzykach Dolnych. Tudzież Rzym widzę i tego widoku nie zapomnę.
A nirwana na Piotrusiu, Szymonie?
I żal, że to już przeszłość.
Nieważne, przecież, gdzie się jest, ale z kim się jest.
I brakuje mi Was, choć wiem, że tak musi być. Że tempus fugit a wieczność czeka.
I dziękuję Ci, że jesteś.
(a w końcu nadejdzie sierpień)
Tak w najmroźniejszą noc tej zimy zebrało mi się na wspomnienia. Tak, tak, wieczory w skarpetkach i z herbatką. Albo można wspominać, albo czytać kryminały (od pięciu dni jestem zapalonym czytelnikiem kryminałów).
